To nie Gran Derbi, nie Der Klassiker, to nawet nie derby Warszawy czy innych klubów z Ekstraklasy. Mimo to, nadal budzą sporo emocji, także poza Łodzią. Dlaczego? Do czynienia mamy tu z upadkiem polskich kolosów - obydwa łódzkie kluby święciły w polskiej piłce ogromne sukcesy. Szeregi Widzewa i ŁKSu zasilały najbardziej cenione niegdyś w polskiej piłce twarze. Zawodnicy tych klubów powoływani byli do reprezentacji Polski w czasach jej świetności - jeździli na Mundiale i inne wielkie imprezy. W tzw. "Tabeli wszech czasów Ekstraklasy" Łódzki Klub Sportowy i Widzew zajmują kolejno 6 i 7 miejsca. W ostatnich latach nastąpił jednak krach tak duży jak historyczne sukcesy drużyn - najpierw zbankrutowali Rycerze Wiosny (2013), później Czerwona Armia (2015). Derbów Łodzi nie mieliśmy okazji obserwować i przeżywać od ponad 4 lat.
Każdy mecz ma swoją oprawę a kibice przeżywają go na długo przed rozpoczęciem - dotyczy to każdej ligi i każdej drużyny. Derby w piłce są jednak wyjątkowe i nierzadko okraszone sporą dawką grozy i nienawiści. Nie inaczej było także dzisiaj, choć nie mogę oprzeć się wrażeniu, że policyjne radiowozy a nawet wozy pancerne wysłano w miejsce, w którym akurat nie działo się zbyt wiele - pod sam stadion przy al. Unii Lubelskiej. Kibice ŁKS-u, których dziś napotkałam na swojej drodze nie byli raczej agresywnie nastawieni, co nie znaczy, że pozostałych częściach miasta panowała sielanka, a fani przeciwnych sobie zespołów głaskali się i posyłali sobie na ulicach czułe spojrzenia.
Zacząć należy od tego, że na stadion wpuszczeni mieli zostać jedynie fani gospodarzy, co nie wywołało pozytywnej reakcji Widzewiaków. W ramach protestu przeciwko takiej sytuacji, kibice wcześniej wspomnianego RTS-u udali się na spotkanie pod urzędem miasta, aby wyrazić swoje niezadowolenie. Kilkaset osób odzianych w czerwone barwy ukochanego klubu zebrało się w związku z tym dziś o godzinie 12 na ul. Piotrkowskiej. Na samym początku wydawało się, że pomimo podwyższonego ryzyka może wyglądać to całkiem spokojnie. Nie tym razem - już przed rozpoczęciem manifestacji policja zablokowała na Placu Wolności grupę kibiców udającą się na spotkanie. Najbardziej reprezentacyjna ulica miasta wypełniona była po brzegi funkcjonariuszami policji i sympatykami Widzewa skandującymi hasła takie jak "Hanka, gdzie są bilety?!" (przyp. redakcji - chodzi tu o Hannę Zdanowską, prezydent Łodzi) przeplatane z pieśniami ku czci ukochanej drużyny. Race, okrzyki i transparenty w takich sytuacjach są zjawiskami w miarę naturalnymi - ciekawiej zaczęło być kilkadziesiąt minut później. Piłkarze Widzewa przejechali w autokarze przez ulicę Piotrkowską, gdzie zostali przez kibiców pożegnani, gdyż próżno było spodziewać się, że ich zwolennicy będą mogli dopingować ich na stadionie. Kiedy bus z zawodnikami oddalił się, miłośnicy RTS-u zaczęli masowo kierować się w stronę obiektu na al. Unii. Służby porządkowe próbowały rozpalonej grupie to uniemożliwić, rozpoczęły się więc zadymy. Grupki kibiców bawiły się chyba całkiem dobrze uciekając rozproszonej po całym centrum miasta policji, która prawdopodobnie zbyt dużo swoich jednostek zgromadziła pod samym stadionem ŁKS-u. W rezultacie środek miasta został sparaliżowany ogromnymi korkami. Tłum przedzierający się ulicami Mickiewicza czy Tuwima nie żałował sobie także używania petard czy rzucania butelek w stronę funkcjonariuszy. Cała ta szamotanina od wewnątrz wyglądała dość niepokojąco...
Zatrzymanych zostało ponad 20 osób, w tym dwie za znieważanie policjantów i jedna za posiadanie narkotyków.
Niemoc transportu publicznego doskwierała także kibicom drużyny przeciwnej, którzy z drugiej części Łodzi próbowali dostać się na stadion. Zakorkowane gdzieś po drugiej stronie autobusy i tramwaje docierały na miejsce ze sporym opóźnieniem (do czego Łodzianie zdążyli się już chyba przyzwyczaić ;). Podczas przedzierania się z jednej części miasta do drugiej oprócz kilkudziesięciu minut poślizgu towarzyszyły mi także niezliczone ilości kordonów policji a nawet wozów opancerzonych.
Część pseudokibiców pobiegła także do Galerii Łódzkiej - czyżby spektakularne promocje w Tesco? ;)
Wszystko zmieniło się od 45 minuty, kiedy to z odsieczą wyruszyli goście. Na efekty nie trzeba było długo czekać - w 49 minucie wynik znowu był otwarty i mieliśmy remis. Gol ten był w dodatku dość ciekawym w swoim rodzaju, gdyż strzelcowi, Danielowi Mące, asystował bramkarz, Michał Choroś. Mogliśmy okazję obserwować jeszcze kilka akcji Widzewiaków, dzięki którym piłka mogła trafić do siatki - to jednak nie dawało rezultatów. W pewnym momencie bramkarz ŁKS-u, Kołba, broniąc wykopał futbolówkę prosto do Mąki, który to doprowadził kilka minut wcześniej do wyrównania. Napastnik trafił jednak w słupek.
Czerwonym udało się jednak zdobyć przewagę w 62 minucie. Do Michalskiego piłkę podał Przemysław Rodak a ten bezprecedensowo podwyższył wynik na 2 do 1.
Jak to w derbach, była i dramaturgia. Kilka chwil po zdobyciu drugiego gola Widzewiacy musieli zastanowić się, jak dokończyć spotkane w dziesiątkę. Drugą żółtą kartkę dostał bowiem w 69 minucie Tlaga i musiał pożegnać się z murawą. Goście zdecydowali się na bardziej defensywny sposób gry aby nie doprowadzić do straty i wygrać mecz. Miało to ręce i nogi... Do 92 minuty - remis ustanowił Maksym Kowal.














